Logotyp Urzędu Miejskiego w Ostrowie Wielkopolskim - Ostrów Wielkopolski Miasto z sercem

Kalendarz wydarzeń

Wrzesień
SbNdPnWtŚrCzPtSbNdPnWtŚrCzPtSbNdPnWtŚrCzPtSbNdPnWtŚrCzPtSbNd
123456789101112131415161718192021222324252627282930
9. Grand Prix Komeda | W lesie dziś nie zaśnie nikt
od 21-11-2020
do 28-11-2020
Rozwiń

9. Grand Prix Komeda | W lesie dziś nie zaśnie nikt

Data: sobota, 21.11.2020 - sobota, 28.11.2020, godz. Całodniowe

Filmy zakwalifikowane do Konkursu Głównego Grand Prix Komeda będą dostępne na platformach MOJEeKINO, Nc+ GO, HBO GO.

FILM KONKURSOWY

Grupa nastolatków uzależnionych od technologii trafia na… obóz offline. Wspólna wędrówka po lasach bez dostępu do smartfonów nie zakończy się jednak tak, jak zaplanowali to organizatorzy. Będą musieli zawalczyć o prawdziwe życie z czymś, czego nie widzieli nawet w najciemniejszych zakamarkach internetu. W obliczu czyhającego w lesie śmiertelnego niebezpieczeństwa odkryją, czym jest prawdziwa przyjaźń, miłość i poświęcenie.

 

reżyseria: Bartosz M. Kowalski
muzyka: Radzimir Dębski – Jimek
czas trwania: 105 minut

 

ŁUKASZ MACIEJEWSKI O FILMIE „W LESIE DZIŚ NIE ZAŚNIE NIKT”

„W LESIE, POD PIERZYNKĄ”

Najntisi kontratakują. Jeżeli dotychczas pokazywali się od najlepszej strony, było to zawsze kino autorskie. Tymczasem Bartosz M. Kowalski, twórca „Placu zabaw”, jednego z najciekawszych debiutów dekady, już na spotkaniach wokół tamtego filmu odgrażał się, że za chwilę wszystkich zaskoczy. Zmieni klimat i zaskoczy. Słowa dotrzymał.

Ikonografia slashera nie jest skomplikowana. Nie trzeba być znawcą tematu, ja nie jestem, żeby wiedzieć, czym to pachnie. Posoką z czosnkiem, seksizmem z pieprzem, humorem i pociesznymi zombiakami. A kąsają!

Znamy, owszem, klasyków również i tego gatunku, ale osobliwie w Polsce mieliśmy tylko punkty odniesienia. Wszystko to jednak działo się w USA, za górami, za lasami, bo przecież u nas było równinnie, nudno, a chłopaki latały po lesie z grzybami, nie z siekierą. Ale tęsknoty przecież były. Bartosz M. Kowalski, urodzony w sławetnym orwellowskim 1984 roku, jeszcze zdążył coś niecoś zapamiętać z autopsji. Osiedlowe blaszaki z wymalowanym farbą napisem „Wypożyczalnia kaset wideo Sabina”, a wewnątrz „sza la la wielki świat”. Jean Claude van Damme z rozkrokiem stąd do Ameryki, Sylwester Stallone zezujący w stronę rozumu, a na półce z erotyką niewiele robiąca sobie z niedzielnej sumy i rosołu po sumie Cicciolina. Horrory były pomiędzy, a slashery były w samym środku „pomiędzy”. Czy straszyły? Może niektórych. Śmieszyły? Chyba wszystkich.

Kowalskiego i straszyły, i śmieszyły na pewno. Myślę że to samo dotyczy producentów filmu, Mirellę Zaradkiewicz i Jana Kwiecińskiego. Dziewczęta i chłopcy z tej samej dzielni. Slasherowej. I chyba na tym polega  tajemnica sukcesu. Nostalgia, ostalgia i bezwstyd. Oni to wiedzą, znają, przeżyli to, że tak powiem, na własnej skórze. Mają odwagę bezwstydu. Udowodniają, że w Polsce też można posiekać struktury, wylać keczup na nadąsane minki, zryć beret z antenką, moherowy również.

„W lesie dziś nie zaśnie nikt” to właśnie ta strategia. Elementy się zgadzają, nikt tutaj niczego nie udaje, wszyscy – i widzowie, i twórcy, a może nawet i krytycy – dobrze się bawią. Wystarczyło wziąć na luz, uruchomić poczucie humoru, i, bagatela, talent.

Ja się śmiałem. Trochę, owszem, bałem, ale głównie jednak śmiałem. Bo to jest taki film, w którym trzeba uruchomić w sobie żywioł śmiechu. Nie musi mieć drugiego i trzeciego dna, chociaż krytyczne aluzje do współczesności są w tym filmie oczywiste i widoczne. Nie stanowią jednak o sednie. Jesteśmy w lesie. Dosłownie i w przenośni. I nikt w tym lesie nie zaśnie. Zaczyna się obóz dla uzależnionych. Od sieci, od social mediów, dla dzieciaków z problemami. Świetnie  wymyślona uwertura filmu, zbiorowe sceny, w których show kradnie fenomenalny Wojciech Mecwaldowski jako oszołomiony frazesami niczym trawą harcmistrz pikulinek, prowadzi do filmowej kameralistyki, w której udaje się jednak do końca utrzymać suspens. Grupy dzieciaków się dzielą, zostajemy z tą, którą prowadzi Gabriela Muskała jako bodaj najgorsza przewodniczka świata. Świetnie scastingowani aktorzy idą z nią w las. Nie wiedzą w co idą. Debiutant Stanisław Dela w roli osiedlowego cwaniaczka ukrywającego kompleksy, doświadczony już aktorsko Stanisław Cywka jako błyskotliwy nastolatek z pewną tajemnicą, tripowa femme fatale – Wiktora Gąsiewska, świetny Michał Lupa znany już z „Ataku paniki” Maślony, wreszcie typ mocnej, charakternej dziewczyny z sąsiedztwa – Julia Wieniawa. Obsadzeni w punkt. Podobnie jak cały świat przedstawiony. Był las, za chwilę nie będzie nas. Po lesie krąży bowiem złowieszcze monstrum, a nawet monstrum zdublowane, bliźniacze. Jest straszne, jest śmieszne. I nie wybrzydza. Ceni zapach skóry wypastowanego obuwia perwersyjnego księżuli (przewrotnie obsadzony Piotr Cyrwus), nie pogardzi jednak flakami czysto ludzkimi.

Wszystko zgodnie z klasyką gatunku. Uciekanie, gonienie, pot pod pachami, muchy w kiblu i w nosie, bicie serca, komórki odmawiające posłuszeństwa akurat wtedy kiedy są najbardziej potrzebnie, a bohaterowie trochę bez sensu zamiast rozumem kierują się brawurą, no ale bez tej brawury, czyli włażenia tam gdzie się nie powinno wchodzić, nie byłoby filmu…

Zdjęcia Cezarego Stoleckiego wiarygodnie kreują świat dusznego lata, wakacji lepiących się od hormonów, feromonów, kleszczy, śmiechu, śmieci i śmierci. Wszędobylska muzyka Jimka błyskotliwie odnosi się do elektronicznego oldskulu z lat osiemdziesiątych żeby bezkolizyjnie czerpać pełnymi garściami, ale w profilu bardzo już autorskim, z w zasadzie nieobecnych przecież w polskim kinie doświadczeń gatunkowych. Kowalski natomiast świetnie prowadzi nie tylko młodych aktorów. Poza wspomnianym Mecwaldowskim i Cyrwusem, swoje pięć minut mają w filmie również Mirosław Zbrojewicz czy Olaf Lubaszenko. Wszyscy jakby urodzili się właśnie po to, żeby grać w slasherach. Być może wszyscy urodziliśmy się po to, żeby wreszcie te slashery oglądać? I zasypiać po nich błogim, spokojnym snem. W lesie, czyli pod pierzynką.

Łukasz Maciejewski, źródło: Onet.pl

Plakat filmu W lesie dziś nie zaśnie nikt

9. Grand Prix Komeda | Szarlatan
od 21-11-2020
do 28-11-2020
Rozwiń

9. Grand Prix Komeda | Szarlatan

Data: sobota, 21.11.2020 - sobota, 28.11.2020, godz. Całodniowe


Filmy zakwalifikowane do Konkursu Głównego Grand Prix Komeda będą dostępne na platformach MOJEeKINO, Nc+ GO, HBO GO.

 

FILM KONKURSOWY

Film opowiada o słynnym czeskim uzdrowicielu, Janie Mikolášku. Urodzony w 1887 roku Mikolášek był medycznym samoukiem, który dzięki ogrodniczej profesji znakomicie poznał świat roślin i ich lecznicze właściwości. Ze swoich umiejętności słynął w całych Czechach, a wśród pacjentów byli m.in. Tomas Masaryk, prezydent przedwojennej Czechosłowacji, aktorka Olga Scheinpflugová, malarz i grafik Max Švabinski, kompozytor Josef Bohuslav Foerster, wirtuoz skrzypiec Jaroslav Kocian, a także komunistyczny premier i prezydent powojennej Czechosłowacji Antonín Zápotocký, po śmierci którego władze zdecydowały się na wtrącenie uzdrowiciela do więzienia.

 

reżyseria: Agnieszka Holland
muzyka: Mary Komasa, Antoni Komasa Łazarkiewicz
czas trwania: 120 minut

 

ŁUKASZ MACIEJEWSKI O FILMIE „SZARLATAN”

„DWA DARY JANA”

Chłodne oko, gorąco spojrzenie. Agnieszka Holland nie chce być sentymentalna, nie jest, nie była nigdy. Metafizyka w kinie Holland to jednak zgoda na funkcjonowanie światów równoległych. Zrozumienie dla sfery, która dla wielu nie jest dostępna.

Całościowo przyglądając się twórczości reżyserki, widać wyraźnie, do jakiego stopnia Holland fascynuje problem cudu, uzdrowienia, przesądzania o cudzym losie, cudzym życiu, za pośrednictwem nie tyle nauki, co przeczucia, kumulowania energii, lub zwracania jej.

W „Olivierze, Olivierze”, chyba moim ulubionym filmie Agnieszki Holland, tajemnica zaprzecza pewnikom, znieważa je. Tajemnica generuje właściwą trajektorię wydarzeń, sama w sobie pozostając enigmą. W „Szarlatanie”, podobnie jak w „Trzecim cudzie” z Edem Harrisem, czy niedocenianej „Julii wracającej do domu” z Lothairem Bluteau, Agnieszka Holland nie polemizuje z „cudotwórstwem”, w przypadku najnowszego filmu również nie staje po stronie szyderców. Grany przez największą bodaj gwiazdę kina czeskiego, Ivana Trojana, Jan Mikolášek jest postacią autentyczną. Zdumiewającą i problematyczną jak cały wiek XX. Mikolášek jest kwintesencją wieku XX.

Uzdrowiciel, zielarz, z wielkimi sukcesami w uzdrawianiu ludzi, wchodzący w relacje z władzą, w paradoksy i bolączki wielkiej i małej polityki. Mówi w filmie o sobie: „Jestem ekspertem w zakresie roślin leczniczych”, podkreślając jednocześnie wiele razy: „nie, nie  jestem lekarzem”. W tradycyjnie, klasycznie poprowadzonej narracji, współczesna rama – aresztowanie, uwięzienie i proces Jana Mikoláška, organizują filmowe spojrzenie wstecz jego biografii.

Młody Jan – gra go syn Ivana Trojana, Josef, – czuje, że jest w stanie przewidzieć przyszłość, wie jak gdyby więcej. Nie rozumie tego, wie tyle tylko, że stać go na wiele. Zaczyna się od uchronienia siostry przed amputacją nogi, potem idzie dalej. Janek asystuje zielarce do której ustawiają się długie kolejki. Ludzie stoją po zdrowie i po brutalny werdykt chorobowy. Jan czuje podobną moc. Mühlbacherová (w tej roli wspaniała Jaroslava Pokorná, wybitna aktorka czeska, która w 1969 roku debiutowała w jednej z pierwszych etiud aktorskich Agnieszki Holland, „Hřích boha” – „Grzech Boga”, według powieści Izaaka Bala) czyta choroby z analizy moczu. Uważa, że w urynie zapisane są wszystkie kłopoty i niedomagania. Testuje chłopca, potem się z nim zaprzyjaźnia, przekazując mu całą swoją wiedzę i doświadczenie, użyczając mu także schronienia. Mühlbacherová jest jednak inna od Jana. Nie bierze od pacjentów pieniędzy, żyje skromnie, w Janie natomiast od początku widać dychotomię postaw. Z jednej strony, uważnie uczy się od mentorki, z drugiej – w dramaturgicznie arcyważnej scenie z udziałem małych kociąt, manifestuje charakter. Stać go także na okrucieństwo.

W pewnym momencie filmu mówi: „Możliwość wyboru to najcięższa kara”. Wie, co mówi. Całe życie szedł z przekonaniem, że skoro ma dar, dar sprawdzony, dar poza wątpliwościami, to w życiu musi się mu udać. Można przejść przez życie, można przez nie przepłynąć z lekko podniesioną głową, w półkroku, jak gdyby w półśnie. Tymczasem wielka historia pokazuje swoje małe, mierne oblicze, wyłupiaste oczy, wybite zęby.

Zabito by go wiele razy, a jeżeli nawet nie zabito, to zbito. Gdyby nie dar. Dar uzdrawiania, dar czytania historii zdrowia i choroby z zapisu na urynie, co samo w sobie jest czymś budzącym co najmniej zadziwienie. Tajemnice zapisane – pisząc kolokwialnie – w sikach. Mikolášek widzi tam wszystko: wyrok, prolongatę wyroku, szansę na zdrowie, szansę na życie.

Buteleczka z uryną, w wyrafinowanych zdjęciach Martina Štrby wyglądająca niczym cenny bursztyn, staje się ekwiwalentem ludzkiego losu. Płynnego i często niewydarzonego.

Jan jest panem królestwa swojej władzy. W gabinecie czuje się pewnie. I, co ważne, nie nadużywa władzy. Stara się żyć przyzwoicie. Tak właśnie żyje. Leczy dygnitarzy hitlerowskich, bo wie, że nie może im odmówić. Leczy komunistów, bo wie, że nie może im odmówić. Przepisuje zioła prostym babom spod Koszyc, odwdzięczających mu się cielęciną i kalarepą, bo nikogo nie wyróżnia. Leczy świat, może dlatego, że nic innego nie potrafi. Ma tylko ten dar. Jeden wielki dar i mnóstwo słabości.

Nie jest typem opozycjonisty, nie walczy o zmianę świata, ale nie zakłamuje rzeczywistości. Holland zresztą nie podkpiwa z metod leczenia bohatera, przygląda mu się uczciwie: bez wielkiej sympatii, bez oceny. Trybik historii, trybik z darem.

Tyle tylko, że trybik wkręca się w rzeczywistość, która sama w sobie wydaje się zadżumiona, nieszczególnie ciekawa, obsikana z każdej strony.

Wnętrza w „Szarlatanie” utrzymane zostały w jednolitej palecie kolorystycznej. Ochry, beże, brązy. Więzienie to także szarości, biele, grafit. Jeżeli w filmie pojawia się słońce, to może jedynie w scenach retrospektywnych, w sekwencjach z młodzieńczych lat Janka, z kilku spotkań z zielarką, a wreszcie z jasnego okresu miłosnego spełnienia.

Tak właśnie, spełnienie. To drugi, może tak ważny dar.  Dar współistnienia, chociaż nic na to nie wskazywało. Dar dzielenia się losem i dar odpowiedzialności za los. Dzielonej na pół.

Jan, wycofany, zakompleksiony, ze śladami dawnej urody, spotyka asystenta Františka (w tej roli słowacki aktor Juraj Loj). I będzie to spotkanie, które okaże się definiujące.  Z czasem nie tyle może zastąpi, co zrównoważy dar  pierwszy.

Asystent najpierw polubi, potem pokocha szefa. Sam rozdarty w relacji z kobietą – mąż i ojciec – będzie musiał wciąż na nowo definiować swoje miejsce w społeczeństwie. I zdecyduje się na bezwzględną lojalność. Aż do końca.

Nie jestem pewien, ale mam wrażenie, że właśnie ta relacja zadecydowała o realizacji filmu. Że dla Agnieszki Holland to właśnie było najważniejsze. W opowieści o Janie i Františku znalazła kolejny uniwersalny temat. Jej temat.

Człowiek w potrzasku, dla którego wyzwoleniem może być namiętność, ale namiętność zderzona z rodzącą się świadomością.  Namiętność, a w końcu także uczucie które nie jest występne, nie jest zakazane, a jednak okazuje się równie niebezpieczne jak dar uzdrawiania.  Dwa dary Jana spotkały złe czasy. Nie mogło być tak pięknie.

Łukasz Maciejewski, źródło: „Kraków”

 

Plakat filmu Szarlatan

9. Grand Prix Komeda | Interior
od 22-11-2020
do 28-11-2020
Rozwiń

9. Grand Prix Komeda | Interior

Data: niedziela, 22.11.2020 - sobota, 28.11.2020, godz. Całodniowe


Filmy zakwalifikowane do Konkursu Głównego Grand Prix Komeda będą dostępne na platformach MOJEeKINO, Nc+ GO, HBO GO.

 

FILM KONKURSOWY

Trzydziestopięcioletni Maciek traci wiarę w sens życia. Pracuje od świtu do wieczora, by spłacać kredyt mieszkaniowy. Chcąc zemścić się na nieuczciwym pracodawcy, zabiera mu auto. Ryzykuje wszystko i rusza w desperacką podróż bez planu. W całym kraju trwają przygotowania do obchodów pewnej rocznicy. Pracowniczka Urzędu Miasta, trzydziestopięcioletnia Magda, współorganizuje wydarzenia. Na początku bardzo oddana, z czasem zauważa hipokryzję najbliższego otoczenia. Zbieg zdarzeń sprawi, że ich ścieżki skrzyżują się.

 

reżyseria: Marek Lechki
muzyka: Jan Sanejko
czas trwania: 92 minuty

 

ŁUKASZ MACIEJEWSKI O FILMIE „INTERIOR”:

„SALTO W TYŁ”

„Zbuntowani ludzie / potępione anioły / spadały w dół / człowiek współczesny / spada we wszystkich kierunkach równocześnie”. Słynny wiersz Tadeusza Różewicza, „Spadanie”, cytowany przez Tadeusza Konwickiego w „Salcie”, mógłby stanowić motto „Interioru” Marka Lechkiego, filmu z ducha Konwickiego traktującego o rozwibrowanym upadku „człowieka współczesnego”, upadku rozmytym we mgle.

Nie znają siebie. Jeszcze nie, do końca nie. Dziewczyna, chłopak. Więcej ich łączy, niż dzieli, chociaż tego się prawdopodobnie nie dowiedzą. Może tylko coś wyczują, kiedy miną się na drodze. „Zbuntowani ludzie / potępione anioły”.

On ma na imię Maciek i stał się więźniem systemu. Nie systemu pisanego wielkimi literami, trafiającego na paski w TVN24 lub TVP Info. Przeciwnie, chodzi o marny, pocieszny znój w korporacji, żadne szanse na zmianę losu. Aż wreszcie zapala się lont. Otwierają oczy. Bunt Macieja nie jest na wielką skalę, ale w jego orbicie chodzi o gest radykalny. Salto w przód, salto w tył.

Magda jest inna. Sztywniara w butach z obcasikami, urzędniczka miejska. Lojalna, zapracowana, całkiem elokwentna, zapięta w służbowy kostium bez kształtu na przepisowe trzy guziczki. Wiecznie zmęczona, ugrzeczniona, zafrasowana. Kolejne zadanie, być może awans. Przyjeżdżają goście z zagranicy, zastaw się, a postaw się. Ma być na bogato, mają być fajerwerki. Dziewczyna jeszcze stara się być aktywna, lojalna i przepisowa, ale guziczki w kostiumie zaczynają się obluzowywać, odpadają. Życie Magdy to nie jest fikcja pod publiczkę i pod wyborców. Życie Magdy to tu i teraz, rodzina, dziecko. Magda się buntuje. Znowu to samo, salto. Bęc.

Kiedyś napisałem o Marku Lechkim, że jest cichym mistrzem polskiego kina. To subtelny artysta z natychmiast rozpoznawalnym stylem, który w kinematografii takiej jak nasza powinien być pod specjalną ochroną. Wcześniejsze filmy Lechkiego – „Moje miasto” i „Erratum” były filmami przesyconymi melancholią. W „Interiorze” melancholia ma głębszy wymiar. Cytując księdza Tischnera – „melancholia staje się rozpaczą, która nie zdążyła dojrzeć (…) stanem niedojrzałej radości. Kryje ona w sobie radość doprowadzoną do połowy i w połowie skazaną na przeistoczenie w egzystencjalny smutek”.

Radość do połowy, smutek do połowy, bunt na trzy czwarte. I portrety osobowościowe, które trudno będzie zapomnieć. Niezapomniane twarze kina Lechkiego: Michał – Tomasz Kot w „Erratum” czy Goździk – Radosław Chrześciański w „Moim mieście”, wzbogacają się o dwa nowe, fascynujące profile. Magdę zagrała Magdalena Popławska (pracowała wcześniej z Lechkim w świetnych serialach „Bez tajemnic” i w „Pakcie”), Maćka – Piotr Żurawski. Oboje są wspaniali. Popławska zanurzona w siebie, introwertyczna, unikająca spojrzeń, chyba najostrzej własnego spojrzenia na siebie. Żurawski żarliwy, zdeterminowany, nie racjonalizujący rzeczywistości. Melancholia bohaterów „Interioru” wynika nie tyle z apatii, co z atrofii działania. Zaczynają, ale nie kończą. Podejmują ryzyko, ale potem się wycofują. Mieści się w tych portretach ciekawa diagnoza pokolenia dzisiejszych trzydziestoparolatków. Lechki przygląda się niewiele od siebie młodszym bohaterom z czułością, bez ironii, ale też bez nadziei, że będą w stanie zawalczyć o lepszy świat, o lepszych siebie. Może by i chcieli, ale nie potrafią.

Zdjęcia Pawła Flisa, stałego współpracownika nieodżałowanego Marcina Wrony, błyskotliwie komponują się z autorskim wyzwaniem reżysera. Realizm, dokumentalizm zderza się ze sferą poetycką. Widmowa mgła z filmu jest mgłą z innej tonacji, z odmiennej wrażliwości. W tej mgle rozmywa się wszystko. Również ludzie. Konwicki w „Kilku dniach wojny, o której nie wiadomo, czy była”, pisał: „Może to jakaś wiązka informacji lecąca znikąd donikąd, która uległa zakłóceniu. Patrz, niczego i nikogo nie ma. Jest tylko wieczna czerń i chwilowa wilgoć, którą przyniósł wiatr kosmiczny”. Boski, boski, boski wiatr.

Łukasz Maciejewski, źródło: Onet.pl

Plakat filmu Interior

9. Grand Prix Komeda | Sala samobójców. Hejter
od 23-10-2020
do 28-11-2020
Rozwiń

KF „Na Wolności”. Sala samobójców. Hejter

Data: poniedziałek, 23.11.2020 - sobota, 28.11.2020, godz. całodniowe

Filmy zakwalifikowane do Konkursu Głównego Grand Prix Komeda będą dostępne na platformach MOJEeKINO, Nc+ GO, HBO GO.

 

FILM KONKURSOWY

Tomek, student prawa Uniwersytetu Warszawskiego, zostaje przyłapany na plagiacie i wydalony z uczelni. Postanawia jednak ukrywać ten fakt przed światem i nadal pobiera pomoc finansową od państwa Krasuckich – rodziców Gabi, przyjaciółki z czasów dzieciństwa. Kiedy oszustwo wychodzi na jaw, skompromitowany chłopak traci zaufanie i życzliwość swoich dobroczyńców. Przepełniony gniewem i żalem, oddzielony od Gabi, w której skrycie podkochuje się od lat, Tomek planuje zemstę na Krasuckich. Szansa pojawia się, kiedy otrzymuje pracę w agencji reklamowej, a wraz z nią dostęp do najnowszych technologii i tajemnic stołecznej elity. Pod pozorem obowiązków zawodowych Tomek zaczyna inwigilować Krasuckich, aktywnie włączonych w kampanię polityczną kandydata na prezydenta stolicy – Pawła Rudnickiego. Wkrótce plan internetowego hejtera zaczyna nabierać coraz realniejszych kształtów, a droga do jego realizacji wiedzie przez wirtualny świat popularnej gry komputerowej.

 

reżyseria: Jan Komasa
muzyka: Michał Jacaszek
czas trwania: 130 minut

 

ŁUKASZ MACIEJEWSKI O FILMIE JANA KOMASY

 SALA SAMOBÓJCÓW. HEJTER

To było na dwa tygodnie przed wybuchem pandemii. Już słyszeliśmy o Chinach, o Wuhan, już pojawił się strach, że zaraza dotrze do Polski. Ostatni pokaz prasowy: „Sala samobójców. Hejter” w kinie „Atlantic”. Pełna sala, wówczas to było jeszcze możliwe, ktoś w trakcie seansu obok mnie kichnął, ktoś się przestraszył, i głośno zwrócił mu uwagę. Pomimo, że nie mówimy o wydarzeniach sprzed lat, a zaledwie sprzed kilku miesięcy, dzisiaj wydają się opowieściami z innej rzeczywistości. Istotnie, była inna.

„Hejter” Komasy prawdopodobnie słusznie typowany na jeden z największych komercyjnych przebojów 2020 roku, stał się jedną z pierwszych, najbardziej przy tym spektakularnych filmowych ofiar pandemii. Film zszedł z ekranów zaledwie po kilku dniach wyświetlania, potem pojawił się na platformie streamingowej, dopiero teraz, po odblokowaniu sal, otrzymał szansę powrotu do  kin.

To, co dla producentów filmu, było zapewne trudnym doświadczeniem, dla widza „Kultury Dostępnej w Kinach” może stanowić  ożywcze spotkanie. Minęło raptem kilka miesięcy, a wydaje się, że świat, również Polska, bardzo się zmieniły. W relacjach międzyludzkich pojawiła się nieufność – zapewne zostaną z nami na dłużej, a hejt czy mechanizmy zniewolenia, które pokazuje Jan Komasa, uległy wzmocnieniu – i to w skali globalnej, nie tylko lokalnej.

W „Hejterze”, filmie luźno nawiązującym do słynnej „Sali samobójców”, Jan Komasa pokazuje mechanizm wirtualnej infekcji mózgów i wpływania na cudzy los poprzez często anonimową ingerencję w cudze biogramy, życiorysy, ambicje. Często są to zachowania naganne. Kiedy powstawała „Sala samobójców” nie znaliśmy jeszcze określenia hejter, albo to określenie nie miało wielkiej siły rażenia. Dzisiaj to jeden z najbardziej rozpoznawalnych anglicyzmów w polszczyźnie. Hejterzy są groźni, sprytni, zręczni. Hejterem może być sąsiad, członek rodziny, albo wróg w przebraniu przyjaciela.

Internet, social media, wirtualność nie mają już żadnych tajemnic. Są potężną strefą którą rządzą politycy, stratedzy, influenserzy.  Komasa pokazuje ten mechanizm z dużą pewnością realizacyjną, a o kreacji Macieja Musiałowskiego w roli głównej, spokojnie można by napisać: „narodziny gwiazdy”. Film, zwłaszcza po pandemii, po wszystkich złych, trujących słowach które już padły i padną jeszcze w przyszłości, ogląda się ze ściśniętym sercem. Jak memento i przestrogę. Tak dalej iść przecież nie można. Tylko czy ktoś słucha jeszcze artystów?

Łukasz Maciejewski, źródło: Onet.pl



Plakat filmu Sala samobójców. Hejter

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.x